Kopytny

Co? Kopytko!

Lecimy na Marsa!

Jakiś czas temu usłyszałem, że Elon Musk ma całkiem poważne plany związane z Czerwoną Planetą. Zaciekawiły mnie one na tyle, że obejrzałem jego wystąpienie zatytułowane dumnie „Making Humans a Multiplanetary Species” by zobaczyć, jak on chce to hasło zrealizować. Nie ukrywam, że jego prezentacja rozbudziła trochę moją wyobraźnię. Zacząłem myśleć, analizować, zastanawiać się i mam pewne pytania. No to nadeszła ta chwila (przecież, też nie od razu – lenistwo to cnota) by je wreszcie zebrać zebrać i opublikować. Przecież nie wyślę mu maila, nie?
Oto i one – pytania oraz wątpliwości laika-kucyka zafascynowanego różnymi kosmorzeczami, spisane w bardzo luźnej (i może trochę chaotycznej) formie.

Życie na Marsie

Nadal nie wiemy, czy na Marsie istnieje jakiekolwiek życie. Nie wiadomo też jak szybko będą się rozwijać badania w tym temacie. Nie będziemy chyba też w stanie jednoznacznie stwierdzić, że na 100% nie ma tam żadnych żyjątek, którym możemy pomóc/zaszkodzić (niepotrzebne skreślić).

Z tego, co zrozumiałem, pierwsze misje mają być bezzałogowe, organizowane w celach badawczo-testowych i realizowane we współpracy z wszystkimi chętnymi instytucjami. Da się taki wielki statek, wypełniony po brzegi sprzętem wszelakim, utrzymać całkowicie sterylnym żeby nie przywieźć pamiątki z Ziemi? A co, jeśli już coś tam jest i mądre, ziemskie głowy uznają, że plany kolonizacyjne mogą temu czemuś zaszkodzić?

Akcja terraformacja

Pewne scenariusze zakładają terraformację, czyli zmianę Czerwonego Globu w bardziej błękitny. W końcu, tworzenie efektu cieplarnianego całkiem dobrze nam idzie, a na Marsie się on przyda, jeśli chcemy wytworzyć atmosferę na wzór tej ziemskiej. Pytanie tylko, co stanie się z ewentualnymi mieszkańcami (ludzkimi lub nie) gdy wysadzi się na niej trochę bomb atomowych lub zacznie robić inne cuda.

Dorzucić tu można także aspekty moralne. Niektórzy teoretycy są zdania, że możemy tak mocno zmienić planetę na swoje potrzeby tylko wtedy, gdy upewnimy się, że nie ma na niej życia, któremu moglibyśmy zaszkodzić. Czyli wracamy do akapitu wyżej…

Kabum?

Pojazd kosmiczny z 42 silnikami na pewno będzie wyglądał okazale i pięknie podczas lotu. Prócz aspektów wizualnych, dają one też praktyczne, a mianowicie prostszą wielostopniowość – można włączać lub wyłączać silniki grupami zamiast kombinować z odłączaniem i odrzucaniem kolejnych stopni. Plusem jest także redundancja – gdy kilka silników zawiedzie, mamy jeszcze sporo w zapasie.

No i właśnie – zależy w jaki sposób zawiedzie? Jak słusznie zauważa Scot Manley (tak, ten od Kerbali), silniki rakietowe mają pewną tendencję do wylatywania w powietrze. No taka już ich natura, cóż poradzić. Taki wybuch mógłby być bardzo niebezpieczną demonstracją efektu domina. Co wtedy z załogą? Jak miałby wyglądać Rakietowy System Ratunkowy dla setki ludzi? Kosmiczne szalupy ratunkowe? Gdzie to upakować?

Kto poleci?

Jeśli już mowa o załodze, to podobno, polecieć mógłby każdy, kogo byłoby stać na bilet. Wszyscy byliby zdolni do dość długiego lotu w stanie nieważkości i zniesienia przeciążenia rzędu kilku G podczas startu? A co, jak ktoś umrze w trakcie podróży? Jak to wpłynie na resztę ekipy? Setka pasażerów to już takie małe społeczeństw i czasem mogą się dziać dziwne rzeczy zwłaszcza, gdy cała akcja będzie się dziać coraz dalej i dalej od macierzystej planety.

I to by było wszystko, co teraz przychodzi mi do głowy. Jestem ciekaw jak pewne problemy zostaną rozwiązane. Może mają rozwiązanie od dawna i o tym nie wiem? A może pewnego dnia wrócę do tego wpisu i stwierdzę, że kiedyś to miałem problemy, a teraz to wie każdy przedszkolak? Czekam z niecierpliwością na rozwój wypadków, bo jedno jest pewne: nudno nie będzie.

Krótka rzecz o dojrzewaniu vol. 2

Odwiedzam kuzyna, przynosząc mu prezent na Gwiazdkę:

– Był u nas Mikołaj i zostawił dla Ciebie…
– Ale ja już wiem, kim jest Mikołaj.
– To w takim razie, mam nadzieję, że Ci się spodoba :).

Jak te dzieci teraz szybko rosną i się świadome stają.

Oraz tak, podobało się.

Podsumowanie sezonu rowerowego

Nie da się ukryć, że od dawna w kalendarzu i za oknem, króluje listopad. Wraz z nim spadły już ostatnie liście z drzew i słupek rtęci poszybował ostro w dół. Aura nie zachęca takiego lenia jak ja, do wystawienia zaledwie nosa na zewnątrz, a co dopiero, do śmignięcia gdzieś na dwóch kółkach. Nadszedł więc czas na małe podsumowanie tegorocznego rowerowania.

Endomondo twierdzi, że przejechałem 1014 km. Dla jednych to może być dużo, dla innych mało, dla mnie w sam raz, zważywszy na to, że w zeszłym roku zrobiłem tylko jedną wycieczkę do pobliskiego serwisu. (Jedynie mój wewnętrzny nerd może cichutko ubolewać nad tym, że to 1014, a nie piękne i okrąglutkie 1024.) Jeździłem sobie rekreacyjnie, głównie weekendami i zdziwiłem się, w okolicach września, że uzbierało się z tego aż 800 km. Oczywistym stało się wtedy postanowienie dołożenia jeszcze dwóch setek w celu zaokrąglenia wyniku. Trzeba było się jednak streszczać, żeby to nadal przypominało jazdę na rowerze, a nie taplanie się w błocie lub inną formę walki z kaprysami pogody. Październik nie ułatwiał zadania, ale udało się wykonać plan w (ponad) 101% i (względnie) suchymi oraz (nie aż tak) zmarzniętymi kopytkami wykręcić ten upragniony, tysięczny kilometr.

Na koniec warto też dodać, że ten sezon, w porównaniu do poprzednich, nie obfitował różnorakie awarie i wypadki. Żadnego oglądania rowu z bliska, szorowania brzuchem po betonie, łamania osi i innych atrakcji tego typu. Jedynie zaczep linki od przedniej przerzutki, zadecydował pewnego razu, że przestanie ją trzymać, żeby nie było nudno. Usterkę tego typu można jednak pominąć jako błąd pomiarowy, bo poradziłem sobie z nią w niecałe 5 minut i kontynuowałem wycieczkę.

Mam nadzieję, że takie podsumowanie sezonu zmotywuje mnie do uzbierania jeszcze większego kilometrażu w przyszłym roku.

Niech żyje król!

Zdarzały się takie dni. że zastanawiałem mocno, czy kiedyś nie zmienić platformy blogowej nie przejść na własny serwer. Wiązałoby się to jednak z poszukiwaniem swojego miejsca w sieci, porównywaniu cen hostingów i możliwości silników blogowych. Czyli standardowo: chciałem, ale mi się nie chciało. Decyzja adminów Joggera dała mi jednak trochę więcej motywacji i przyspieszyła realizację planów, które niedawno były dość cichą melodią dalekiej przyszłości.

I stało się: jestem na Wordpressie. Tu jest wszystko, a jak czegoś nie ma, to na pewno jest na to wtyczka. Wiszą Ci spójniki? Wtyczka. Chcesz się logować wykorzystując konto Google, Fejsbuka lub MojaStajnia? Wtyczka. Do tego sporo motywów, panel administracyjny, aktualizacje, planowanie publikacji, API do zabawy i sporo innych bajerów. Cud, miód, owies i orzeszki. Moje leniwe ja fruwałoby pod sufitem z radości gdyby nie to, że mu się nie chce.

Jedyny niuans, to fakt, że po eksporcie z joggera na tymczasowego bloga i dopiero potem we właściwe miejsce, wszystkie stare komentarze oznaczyły się jako moje i wygląda to tak, jak bym miał nierówno pod sufitem i gadał sam ze sobą. Może i mam, ale nie aż tak i to temat na zupełnie inny wpis, dlatego jeszcze będę grzebał w bazie danych żeby to odkręcić. Jeśli ktoś wie jak, to jestem otwarty na podpowiedzi i ogólnie wszelkie sugestie oraz ciekawe pomysły.

Wspomnę jeszcze tylko, że na swój nowy przyczółek wybrałem serwery Hekko. Oferują wszystko czego mi potrzeba za rozsądną cenę, bez zbędnych kombinacji i dobrym uptimem. Wszystko proste, przejrzyste i w razie potrzeby, zawsze można powiększyć pakiet lub dokupić dodatkowe usługi. Ponadto, polecili mi ich mądrzy ludzie w sieci, a Wujek Google potwierdził, że warto. Zobaczy się, jak to będzie w przyszłości, ale na razie jestem zadowolony.

Czas zacząć nowy rozdział. Pomysły są, jest domena, tylko chęci czasem nie ma.

Umarł król

Jest taka piosenka, że nic nie może wiecznie trwać. Prawda, czas leci nieubłaganie, zmieniają się trendy, technologia, niektóre rzeczy się rodzą, inne umierają. Niestety, to ostatnie spotka zaraz Joggera i wypadałoby trochę podumać nad jeszcze otwartą trumną.

Król? Tak, król. Jogger był królem pewnego zakątka internetu. Co z tego, że dziś jest trochę niedołężny, sporo rzeczy go przyćmiło i nie zawsze zdąży tam, gdzie król chodzi piechotą. W okresie swej świetności był czymś więcej niż tylko platformą blogową.

Trafiłem na niego, gdy prowadziłem poszukiwania miejsca na mojego pierwszego dorosłego bloga. Byłem wtedy młodym źrebakiem, który interesował się komputerami i chciał, w niedalekiej przyszłości, robić coś związanego z tą cała informatyką. Urzekł mnie charakter serwisu – mocno techniczny, pełen mądrych ludzi, zintegrowany z jabberem, itd. Szybko założyłem konto i zacząłem opisywać swoje boje z kompilacją jądra Linuksa, wyborem sprzętu oraz różne „życiowe” przemyślenia. Dodatkowo czytałem, co publikują owi mądrzy ludzie i tak jakoś się to kręciło. Poznawałem ciekawostki o programowaniu, systemach operacyjnych, chłonąłem technologiczne dywagacje, a do tego próbowałem coś tworzyć samemu.

Dziś jestem już trochę wyrośniętym, starym kucem, a w dodatku kucem-programistą. Blog był zawsze gdzieś tam w tle i dorastał razem ze mną. W te okrągłe prawie 8 lat dorobił się 80 wpisów (tak, wiem 10 postów rocznie – szał), 214 komentarzy, 3 szablonów i własnej domeny. Ale czy na tym ma się skończyć? Skądże znowu.

Coś się kończy, coś się zaczyna. Uznałem, że szkoda by było tracić to, co się tu uzbierało i nadszedł czas na przenosiny w inne miejsce. Wybór, padł na Wordpressa na własnym serwerze. (Wiem, mało oryginalnie, ale cóż począć…) Jak to wyjdzie? Się zobaczy. Na razie, zapowiada się ciekawie.

Co to wszystko znaczy dla Ciebie, Drogi Czytelniku? Jeśli trafiłeś tu za pośrednictwem adresu http://kopytny.pl to praktycznie nic. Pewnego dnia zmieni się trochę wygląd bloga, bo adres zacznie kierować w nowe miejsce. W innym przypadku, proszę Cię o zmianę linka na bardziej kopytną wersję.

A Joggerowiczom mówię jeszcze raz do zobaczenia, bo na pewno spotkamy się w zakamarkach sieci.

« Older posts

© 2017 Kopytny

Theme by Anders NorenUp ↑