Kopytny

Co? Kopytko!

Podsumowanie sezonu rowerowego

Nie da się ukryć, że od dawna w kalendarzu i za oknem, króluje listopad. Wraz z nim spadły już ostatnie liście z drzew i słupek rtęci poszybował ostro w dół. Aura nie zachęca takiego lenia jak ja, do wystawienia zaledwie nosa na zewnątrz, a co dopiero, do śmignięcia gdzieś na dwóch kółkach. Nadszedł więc czas na małe podsumowanie tegorocznego rowerowania.

Endomondo twierdzi, że przejechałem 1014 km. Dla jednych to może być dużo, dla innych mało, dla mnie w sam raz, zważywszy na to, że w zeszłym roku zrobiłem tylko jedną wycieczkę do pobliskiego serwisu. (Jedynie mój wewnętrzny nerd może cichutko ubolewać nad tym, że to 1014, a nie piękne i okrąglutkie 1024.) Jeździłem sobie rekreacyjnie, głównie weekendami i zdziwiłem się, w okolicach września, że uzbierało się z tego aż 800 km. Oczywistym stało się wtedy postanowienie dołożenia jeszcze dwóch setek w celu zaokrąglenia wyniku. Trzeba było się jednak streszczać, żeby to nadal przypominało jazdę na rowerze, a nie taplanie się w błocie lub inną formę walki z kaprysami pogody. Październik nie ułatwiał zadania, ale udało się wykonać plan w (ponad) 101% i (względnie) suchymi oraz (nie aż tak) zmarzniętymi kopytkami wykręcić ten upragniony, tysięczny kilometr.

Na koniec warto też dodać, że ten sezon, w porównaniu do poprzednich, nie obfitował różnorakie awarie i wypadki. Żadnego oglądania rowu z bliska, szorowania brzuchem po betonie, łamania osi i innych atrakcji tego typu. Jedynie zaczep linki od przedniej przerzutki, zadecydował pewnego razu, że przestanie ją trzymać, żeby nie było nudno. Usterkę tego typu można jednak pominąć jako błąd pomiarowy, bo poradziłem sobie z nią w niecałe 5 minut i kontynuowałem wycieczkę.

Mam nadzieję, że takie podsumowanie sezonu zmotywuje mnie do uzbierania jeszcze większego kilometrażu w przyszłym roku.

Niech żyje król!

Zdarzały się takie dni. że zastanawiałem mocno, czy kiedyś nie zmienić platformy blogowej nie przejść na własny serwer. Wiązałoby się to jednak z poszukiwaniem swojego miejsca w sieci, porównywaniu cen hostingów i możliwości silników blogowych. Czyli standardowo: chciałem, ale mi się nie chciało. Decyzja adminów Joggera dała mi jednak trochę więcej motywacji i przyspieszyła realizację planów, które niedawno były dość cichą melodią dalekiej przyszłości.

I stało się: jestem na Wordpressie. Tu jest wszystko, a jak czegoś nie ma, to na pewno jest na to wtyczka. Wiszą Ci spójniki? Wtyczka. Chcesz się logować wykorzystując konto Google, Fejsbuka lub MojaStajnia? Wtyczka. Do tego sporo motywów, panel administracyjny, aktualizacje, planowanie publikacji, API do zabawy i sporo innych bajerów. Cud, miód, owies i orzeszki. Moje leniwe ja fruwałoby pod sufitem z radości gdyby nie to, że mu się nie chce.

Jedyny niuans, to fakt, że po eksporcie z joggera na tymczasowego bloga i dopiero potem we właściwe miejsce, wszystkie stare komentarze oznaczyły się jako moje i wygląda to tak, jak bym miał nierówno pod sufitem i gadał sam ze sobą. Może i mam, ale nie aż tak i to temat na zupełnie inny wpis, dlatego jeszcze będę grzebał w bazie danych żeby to odkręcić. Jeśli ktoś wie jak, to jestem otwarty na podpowiedzi i ogólnie wszelkie sugestie oraz ciekawe pomysły.

Wspomnę jeszcze tylko, że na swój nowy przyczółek wybrałem serwery Hekko. Oferują wszystko czego mi potrzeba za rozsądną cenę, bez zbędnych kombinacji i dobrym uptimem. Wszystko proste, przejrzyste i w razie potrzeby, zawsze można powiększyć pakiet lub dokupić dodatkowe usługi. Ponadto, polecili mi ich mądrzy ludzie w sieci, a Wujek Google potwierdził, że warto. Zobaczy się, jak to będzie w przyszłości, ale na razie jestem zadowolony.

Czas zacząć nowy rozdział. Pomysły są, jest domena, tylko chęci czasem nie ma.

Umarł król

Jest taka piosenka, że nic nie może wiecznie trwać. Prawda, czas leci nieubłaganie, zmieniają się trendy, technologia, niektóre rzeczy się rodzą, inne umierają. Niestety, to ostatnie spotka zaraz Joggera i wypadałoby trochę podumać nad jeszcze otwartą trumną.

Król? Tak, król. Jogger był królem pewnego zakątka internetu. Co z tego, że dziś jest trochę niedołężny, sporo rzeczy go przyćmiło i nie zawsze zdąży tam, gdzie król chodzi piechotą. W okresie swej świetności był czymś więcej niż tylko platformą blogową.

Trafiłem na niego, gdy prowadziłem poszukiwania miejsca na mojego pierwszego dorosłego bloga. Byłem wtedy młodym źrebakiem, który interesował się komputerami i chciał, w niedalekiej przyszłości, robić coś związanego z tą cała informatyką. Urzekł mnie charakter serwisu – mocno techniczny, pełen mądrych ludzi, zintegrowany z jabberem, itd. Szybko założyłem konto i zacząłem opisywać swoje boje z kompilacją jądra Linuksa, wyborem sprzętu oraz różne „życiowe” przemyślenia. Dodatkowo czytałem, co publikują owi mądrzy ludzie i tak jakoś się to kręciło. Poznawałem ciekawostki o programowaniu, systemach operacyjnych, chłonąłem technologiczne dywagacje, a do tego próbowałem coś tworzyć samemu.

Dziś jestem już trochę wyrośniętym, starym kucem, a w dodatku kucem-programistą. Blog był zawsze gdzieś tam w tle i dorastał razem ze mną. W te okrągłe prawie 8 lat dorobił się 80 wpisów (tak, wiem 10 postów rocznie – szał), 214 komentarzy, 3 szablonów i własnej domeny. Ale czy na tym ma się skończyć? Skądże znowu.

Coś się kończy, coś się zaczyna. Uznałem, że szkoda by było tracić to, co się tu uzbierało i nadszedł czas na przenosiny w inne miejsce. Wybór, padł na Wordpressa na własnym serwerze. (Wiem, mało oryginalnie, ale cóż począć…) Jak to wyjdzie? Się zobaczy. Na razie, zapowiada się ciekawie.

Co to wszystko znaczy dla Ciebie, Drogi Czytelniku? Jeśli trafiłeś tu za pośrednictwem adresu http://kopytny.pl to praktycznie nic. Pewnego dnia zmieni się trochę wygląd bloga, bo adres zacznie kierować w nowe miejsce. W innym przypadku, proszę Cię o zmianę linka na bardziej kopytną wersję.

A Joggerowiczom mówię jeszcze raz do zobaczenia, bo na pewno spotkamy się w zakamarkach sieci.

Atrakcja turystyczna

Młody bawi się z kolegą w ogrodzie, nagrali się w piłkę, wracają i nagle słyszę.

„Chodź, pokażę Ci mojego kuzyna!”

Kolegę trochę zamurowało, bo chyba nie spodziewał się zobaczyć kuca i to w dodatku minimum dwukrotnie większego i w dodatku, sporo starszego od siebie, ale szybko się rozluźnił gdy zobaczył, że ów kuc ma przyjazne zamiary i wyciąga kopytko na powitanie. I tak oto zostałem atrakcją turystyczną.

Interakcje międzygatunkowe

Historia zaczęła się całkiem zwyczajnie. Spokojny weekend w domu, wyspałem się wreszcie, a za oknem względnie ładna pogoda. Promienie słoneczne starają się przebić przez dziury w chmurach a ja, jak na prawdziwego nerda przystało, opalam się promieniowaniem monitora. Nagle przychodzi mama i mówi mi, że na półce pod grillem siedzi jakiś mały ptak.

Istotnie, na jednej z desek siedziało sobie takie małe niemrawe puchato-piórzaste coś. No i zaczęło się myślenie kim jest ten nasz niespodziewany gość oraz co z nim zrobić. Wypadł z gniazda? Raczej nie, bo wygląda całkiem ok. Rodzice nadal się nim opiekują? Nie wiadomo. Ruszać go? Chyba nie, bo nie wiadomo, co z rodzicami. Żeby ich nie spłoszyć a malca nie stresować, wybrałem strategię dyskretnego doglądania co jakiś czas. Będąc w domu, zarządzałem wirtualnym Kucykowem w Sim City i doszkalałem się z ornitologii, męcząc Googla pytaniami.

podlot

Okazało się, że nasz gość to podlot czyli ptak, który nie jest już pisklakiem i opuścił gniazdo, ale nie umie jeszcze latać na dalekie odległości, a rodzice karmią do z doskoku (czy tam dolotu). Diagnoza chyba była trafiona bo niemrawe coś okazało się mniej niemrawe niż myślałem, samo zmieniło deseczkę pomiędzy jedną wizytą a drugą. Ponadto, regularnym ćwierknięciem, przypominało o swoim istnieniu oraz ułatwiało ptasiej mamie i tacie lokalizację progenitury. Wywiązała się nawet między nami mała rozmowa.

-Dasz sobie radę?
-Ćwir.
-Ok, to dobrze.

Podczas kolejnej wizyty, musiałem go lokalizować już tylko na podstawie fonii, bo przemieścił się jeszcze dalej, a za kolejne 15 minut, nieźle imprezował na kwadracie. Głównym problemem zaczęło być umiejscowienie ptasich harców blisko oczka wodnego… W tym miejscu, proszę wrażliwszych czytających o zamknięcie oczu. Ze swojej prywatnej pary, już malca nie spuszczałem, bo szaleństwa kończyły się niebezpiecznie blisko krawędzi oczka. Cały czas miałem nadzieję, że nic się nie stanie się, ale niestety, wpadł. No to alarm, alarm, czło… znaczy… ptak za burtą, wpadł, wpadł! Cwaniak jednak rozłożył swoje malutkie skrzydełka i utrzymywał dziobek nad taflą wody. Zdążyliśmy go z mamą wyciągnąć plastikową łopatką i umieścić bezpieczniejszym, dobrze nasłonecznionym miejscu.

Biedak zaczął się trochę trząść zimna, ale sobie wysychał na tym słońcu powoli. Znów trzeba było się doszkolić, co z tym fantem zrobic. Jak go osuszyć, czym ewentualnie nakarmić? Na dodatek, słońce ciągle zachodziło, wiał lekki wiatr, aż w końcu miejsce, w którym siedział sobie zziębnięty i cichy Pan Pływak, znalazło się w cieniu. Postanowiliśmy jeszcze raz użyć łopatki i przenieść go znów na słońce, bo wyglądał coraz gorzej. Mimo krzyków i wrzasków, że „Aaa, co się dzieje!? Co mi robicie!?” udało się. Jak już zrozumiał o co chodzi, to podziękował nam cichym „ćwir” wydanym w naszą stronę i po pewnym czasie już jakby mniej dygotał.

Słońce zrobiło nam kolejnego psikusa i schowało się za chmury. Po kolejnej konsultacji z Wujkiem Googlem oraz mądrymi ludźmi z sieci uznałem, że zaryzykuję – otulę malca ręcznikiem papierowym, osuszając go tym samym i ogrzewając ciepłem dłoni. Zacząłem ostrożnie od gładzenia go końcówką tego ręcznika. O dziwo, tym razem nie protestował, a nawet odnosiłem wrażenie, że mu się to podobało. Delikatnie zmieniał położenie pokazując, gdzie jeszcze mam go wytrzeć, a gdy coś działo się nie po jego myśli, wydawał dźwięk podobny do krakania. Skoro współpraca zaczęła nam się dobrze układać, postanowiłem zrealizować pełnię planu i chociaż z góry otulić go dłonią z ręcznikiem. Chyba pomogło, bo zaczął lepiej wyglądać i przy następnej wizycie kontrolnej, wrócił do ćwierkania.

Od tego czasu, zaczęło mu się wyraźnie poprawiać. Ćwierkał coraz głośniej, powoli przypominając siebie z początku naszego spotkania. Uznaliśmy, że możemy go na trochę zostawić i pojechaliśmy do sklepu. Po powrocie już go nie zastaliśmy. Wydawało mi się tylko, że gdzieś słyszę jeszcze te jego ćwierknięcia.

Historię wolę zaliczać do tych ze szczęśliwym zakończeniem. Koty w te okolice się nie zapuszczają, bo się tam regularnie kręcimy, a za płotem jest pies szczekający na wszystko, co się rusza. Pan Pływak skoro sam był w stanie się przemieścić, to pewnie ćwierka sobie gdzieś tam radośnie i mam nadzieję, że pamięta, że większe zbiorniki wodne należy omijać. Jaka z tej całej opowiastki może płynąć nauka? Ano taka, że natura potrafi o siebie zadbać sama. Tylko w niektórych, wysoce krytycznych, przypadkach, trzeba jej delikatnie pomóc. Gdy widzisz zwierzę, które wydaje się opuszczone upewnij się, czy aby na pewno potrzebuje Twojej pomocy. Nie można być nadgorliwym, ale obojętnym też być nie wolno. Z resztą, na ten temat, wypowiedzieli się już mądrzejsi ode mnie ludzie.

Co zrobić gdy znajdziemy pisklę
Troche o podlotach
Opieka nad pisklęciem i podlotem
Nie zabierajmy zwierząt z lasu

Aktualizacja

Po małej konsultacji z Fundacją Ratujmy Ptaki wiem, że ten ptaszek to prawdopodobnie Kopciuszek, który mógł zgubić się rodzicom. Nadal mam jednak nadzieję (i pani z fundacji również), że jego historia skończy się jak baśń o Kopciuszku – „I wszyscy żyli długo i szczęśliwie.” (Oby wyglądał kiedyś tak wypaśnie, jak ten na zdjęciu w Wikipedii.). Gorąco też zapraszam do odwiedzenia strony fundacji i wsparcia jej, w miarę możliwości, bo to strasznie mili ludzie, którzy robią coś naprawdę fajnego.

« Older posts

© 2016 Kopytny

Theme by Anders NorenUp ↑