Przyszło mi ostatnio, z kuzynem, testować jego zabawkowy zestaw kręgli. Znaczy, testowane były już pod kątem wytrzymałości, bo fruwały po pokoju, zaliczając wszelkie możliwe, modne ostatnimi czasy crash testy, ale kiedyś wypadałoby w nie, od tak zwyczajnie, zagrać…

Zarządzanie idzie mu niesłychanie łatwo. Po chwili stał już z kulą (no ok, plastikową piłką udającą kulę, ale nie bądźmy tacy drobiazgowi) gotowy do rzutu. Dałem znać i sru through (tak, światowo, z angielska, skojarzenia z pewną reklamą zupełnie przypadkowe) misterną konstrukcję, ustawioną przez momentem. I co? Jeden – zero dla mnie. Część kręgli stoi nadal, ale co to za problem? Przecież nikt nie ustawił limitu rzutów. Kilka sru później ostatni kręgiel na placu boju musiał się poddać sile zasady zachowania pędu. Następnie Pan Adam (bo przecież jest starszy od dziadka) zarządził zmianę i teraz to ja miałem wystąpić w roli niszczyciela. Nie chwaląc się, zajęło mi to trochę sru mniej, ale zabawa przestała już być ciekawa i Szanowny Kuzyn zainteresował się hulajnogą. Nie pytajcie mnie, co robiła hulajnoga w pokoju, po prostu sobie leżała. Jeździć trzeba, a na dworze zimno.

Takiemu ruchowi wewnątrzdomowemu przydałyby się jakieś regulacje. Z pomocą przyszły mi wspomniane wyżej kręgle w kolorystyce: rasta plus niebieski. To czas na krótką powtórkę z przedszkola: co zielone, co czerwone i dlaczego na żółtym nie ciśniemy gazu do podłogi. Swoją drogą, czteroletnie dziecko całkiem dobrze rozpoznaje dużo więcej niż trzy kolory i nadaje im znaczenia, a niektórym rządzącym już dwa potrafią się pomylić… W każdym razie, bez pomyłki można stwierdzić, że nasz młody kierowca nie jest daltonistą, lecz pobawić się w kontrolę drogową nie zaszkodzi. Niebieski kręgiel w dłoń i już byłem drogówką. (lizaka nie posiadałem – zabawa atestowana przez Polskie Towarzystwo Stomatologiczne)

O ile prościej by było, gdyby kontrole na drogach wyglądałyby mniej więcej tak:

– Dzień dobry, kontrola. Prawo jazdy i dowód rejestracyjny…

– Mam.

W balonik już dmuchać nie musiał. Jechał względnie prosto, a ja jako policjant, miałem naprawdę nędzne wyposażenie. (jak w realnym życiu, nie?) Jeden pojazd do ogarnięcia to jednak nie aż tyle. Dużo więcej roboty miałbym jako weterynarz (w tym miejscu pozdrawiam odpowiednie osoby :)). Całe szczęście, pokaźnej wielkości pluszowy zwierzyniec wymagał jedynie usadzenia na kanapie, bo zaraz miał się zacząć seans. Zabawa zaczęła nudzić, skąd my to znamy… Zbliżając się już do końca tego wyjątkowo, jak na mnie, długiego wpisu rzucę tylko, że jeśli dziecko wie, co zrobi krecik już zanim wyjdzie spod ziemi, jak to zwykle na początku bajki robi to znak, że płytę trzeba skopiować, bo zaraz się w pewnych miejscach wytrze. Cóż – rodzinne – ten tekst piszę zapętlając jedną piosenkę, to czemu się dziwić… (tak w ogóle, to ostatnio polubiłem nawiasy, zauważyliście?)