Jakiś czas temu usłyszałem, że Elon Musk ma całkiem poważne plany związane z Czerwoną Planetą. Zaciekawiły mnie one na tyle, że obejrzałem jego wystąpienie zatytułowane dumnie „Making Humans a Multiplanetary Species” by zobaczyć, jak on chce to hasło zrealizować. Nie ukrywam, że jego prezentacja rozbudziła trochę moją wyobraźnię. Zacząłem myśleć, analizować, zastanawiać się i mam pewne pytania. No to nadeszła ta chwila (przecież, też nie od razu – lenistwo to cnota) by je wreszcie zebrać zebrać i opublikować. Przecież nie wyślę mu maila, nie?
Oto i one – pytania oraz wątpliwości laika-kucyka zafascynowanego różnymi kosmorzeczami, spisane w bardzo luźnej (i może trochę chaotycznej) formie.

Życie na Marsie

Nadal nie wiemy, czy na Marsie istnieje jakiekolwiek życie. Nie wiadomo też jak szybko będą się rozwijać badania w tym temacie. Nie będziemy chyba też w stanie jednoznacznie stwierdzić, że na 100% nie ma tam żadnych żyjątek, którym możemy pomóc/zaszkodzić (niepotrzebne skreślić).

Z tego, co zrozumiałem, pierwsze misje mają być bezzałogowe, organizowane w celach badawczo-testowych i realizowane we współpracy z wszystkimi chętnymi instytucjami. Da się taki wielki statek, wypełniony po brzegi sprzętem wszelakim, utrzymać całkowicie sterylnym żeby nie przywieźć pamiątki z Ziemi? A co, jeśli już coś tam jest i mądre, ziemskie głowy uznają, że plany kolonizacyjne mogą temu czemuś zaszkodzić?

Akcja terraformacja

Pewne scenariusze zakładają terraformację, czyli zmianę Czerwonego Globu w bardziej błękitny. W końcu, tworzenie efektu cieplarnianego całkiem dobrze nam idzie, a na Marsie się on przyda, jeśli chcemy wytworzyć atmosferę na wzór tej ziemskiej. Pytanie tylko, co stanie się z ewentualnymi mieszkańcami (ludzkimi lub nie) gdy wysadzi się na niej trochę bomb atomowych lub zacznie robić inne cuda.

Dorzucić tu można także aspekty moralne. Niektórzy teoretycy są zdania, że możemy tak mocno zmienić planetę na swoje potrzeby tylko wtedy, gdy upewnimy się, że nie ma na niej życia, któremu moglibyśmy zaszkodzić. Czyli wracamy do akapitu wyżej…

Kabum?

Pojazd kosmiczny z 42 silnikami na pewno będzie wyglądał okazale i pięknie podczas lotu. Prócz aspektów wizualnych, dają one też praktyczne, a mianowicie prostszą wielostopniowość – można włączać lub wyłączać silniki grupami zamiast kombinować z odłączaniem i odrzucaniem kolejnych stopni. Plusem jest także redundancja – gdy kilka silników zawiedzie, mamy jeszcze sporo w zapasie.

No i właśnie – zależy w jaki sposób zawiedzie? Jak słusznie zauważa Scot Manley (tak, ten od Kerbali), silniki rakietowe mają pewną tendencję do wylatywania w powietrze. No taka już ich natura, cóż poradzić. Taki wybuch mógłby być bardzo niebezpieczną demonstracją efektu domina. Co wtedy z załogą? Jak miałby wyglądać Rakietowy System Ratunkowy dla setki ludzi? Kosmiczne szalupy ratunkowe? Gdzie to upakować?

Kto poleci?

Jeśli już mowa o załodze, to podobno, polecieć mógłby każdy, kogo byłoby stać na bilet. Wszyscy byliby zdolni do dość długiego lotu w stanie nieważkości i zniesienia przeciążenia rzędu kilku G podczas startu? A co, jak ktoś umrze w trakcie podróży? Jak to wpłynie na resztę ekipy? Setka pasażerów to już takie małe społeczeństw i czasem mogą się dziać dziwne rzeczy zwłaszcza, gdy cała akcja będzie się dziać coraz dalej i dalej od macierzystej planety.

I to by było wszystko, co teraz przychodzi mi do głowy. Jestem ciekaw jak pewne problemy zostaną rozwiązane. Może mają rozwiązanie od dawna i o tym nie wiem? A może pewnego dnia wrócę do tego wpisu i stwierdzę, że kiedyś to miałem problemy, a teraz to wie każdy przedszkolak? Czekam z niecierpliwością na rozwój wypadków, bo jedno jest pewne: nudno nie będzie.